- Jeszcze pan nie wie, kto zabił?
- Jestem blisko – odparł starzec. - Ale pan odkrył już swojego mordercę, prawda?
- Tak – kiwnął głową Van Upp.
- Nie wygląda pan na uszczęśliwionego.
- W powieściach kryminalnych wszystko zmierza ku odkryciu prawdy – powiedział inspektor. - Tam to nie tylko cel, ale i zakończenie. W rzeczywistości jednak prawda jest zaledwie początkiem.
Po notce wydawcy z okładki i kilku pierwszych stronach książki, przeczytanych pospiesznie w księgarni, spodziewałam się czegoś w rodzaju fabuły filmu „Siedem” czy „Anioły i demony”. Oto fikcyjna Republika Trynidadu. Po latach krwawej dyktatury wojskowej sprawowanej przez Pretorianów panuje w niej demokracja. Historia książki rozpoczyna się w dniu, gdy jeden z generałów zostaje odnaleziony martwy w swoim ogrodzie. Kilka dni później znalezione jest ciało drugiego z nich. Sprawa zostaje powierzona Van Uppowi – niegdyś błyskotliwemu detektywowi, który jednak wskutek załamania nerwowego leczył się psychiatrycznie. To on na miejscach zbrodni odnajduje nawiązania do Biblii.
Ale policyjne dochodzenie to dla autora tylko pretekst, żeby poruszyć kwestie polityczne, społeczne, filozoficzne i religijne.
Ale policyjne dochodzenie to dla autora tylko pretekst, żeby poruszyć kwestie polityczne, społeczne, filozoficzne i religijne.